15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Pragniemy dokonać rewitalizacji tego miejsca i uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym, poprzez stworzenie na terenie obiektu Muzeum oraz obiektu hotelowego.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.

niedziela, 26 lutego 2017

Jak można nas dopieścić?

Przyznam się Wam do jednej wady. Jestem łasa na wszelkie komplementy, wyrazy szacunku i podziwu. Szczególnie kiedy słyszę takowe z ust urzędników, którzy w Polsce nie mają dobrej prasy i rzadko kiedy rzucają obywatelowi w twarz ciepłe słowo. Jednym słowem jestem próżna. Co ja się nagłowiłam i nakombinowałam, żeby ściągnąć do dworku urzędników od Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, to sobie trudno wyobrazić. Bardzo chciałam się pochwalić naszą pracą, tym jak objęliśmy opieką zaniedbany zabytkowy dwór, jak urządziliśmy w dworku Muzeum poświęcone historii rodziny. Zajęci urzędnicy mają jednak ważniejsze rzeczy do roboty, muszą jeździć na interwencje, kontrole, a przecież sama na siebie nie napiszę donosu. Głupio by było, co nie? 

Na szczęście w tym kraju zawsze można liczyć na właściwą postawę praworządnych obywateli, którzy zatroskani losem zabytku, wspólnego dobra, zaniepokoją się, że właściciel obiekt niszczy, przebudowuje, dobudowuje, zmienia funkcję, etc. Na skutek takiej właśnie obywatelskiej postawy zmartwionego naszymi remontami członka społeczeństwa, w piątek odwiedziły nas panie z urzędu konserwatorskiego.


Przykładowe zdjęcie członka- 
praworządnego obywatela* zatroskanego losem zabytków w Polsce.

Moja radość nie miała granic, gdyż nie można nas lepiej dopieścić, jak nasłać na nas kontrolę. Mam wówczas pole do popisu, by pochwalić się swoją pracą, opowiedzieć o działaniach i planach na przyszłość. Działalność muzealnicza osób prywatnych jest wciąż u nas na tyle marginalna, że w ludziach, którzy mają chociaż odrobinę styczności z kulturą, wzbudza szacunek.

Tak właśnie zostaliśmy odebrani przez kontrolujące nas panie urzędniczki. Wybaczcie mi poniższe słowa, nie chciałabym być posądzona o to, że się przechwalam. Po prostu warto upamiętnić rzadki przypadek, że urzędnik ma powód, by kogoś docenić.

W protokole z kontroli napisano, że dwór jest utrzymany w dobrym stanie technicznym, który nie zagraża jego zniszczeniu. Wykonano wyłącznie prace zabezpieczające i naprawcze, niewymagające pozwolenia konserwatora zabytków. Prace te zostały wykonane poprawnie. Wydane zostaną zalecenia konserwatorskie związane z poważniejszymi pracami, wymagającymi pozwolenia, specjalistycznego projektu prac i fachowego wykonawstwa. Czyli tak naprawdę dopiero teraz zaczną się prawdziwe koszty. Niestety, nasze zasoby finansowe już się wyczerpały, prace naprawcze oraz wyposażenie obiektu pożarło już cały nasz budżet. Trzeba będzie na te remonty albo wpierw zarobić albo zaciągnąć kredyt.

Poza protokołem usłyszeliśmy od urzędniczek, że jesteśmy ludźmi nietuzinkowymi, którzy wyznają w życiu inne wartości, niż kult pieniądza. Obiekt nie mógł trafić w lepsze ręce. Pomysł, aby w takim miejscu stworzyć muzeum poświęcone pamięci rodziny, jest jak najbardziej trafiony, szczególnie, że odzyskane dwory i majątki z reguły zamieniają się w miejsca typowo komercyjne. W naszym obiekcie na pierwszym miejscu jest idea wskrzeszenia pamięci o rodzinie, która miała przed wojną znaczny wpływ na region. Dla przykładu, architekt i budowniczy dworu- Władysław Jenkner, pracował przy tworzeniu pierwszych elektrycznych linii tramwajowych w Krakowie, był też pionierem piłkarstwa w Polsce. Możecie o tym przeczytać pod tym linkiem: Historia Wisły.

Przyznam szczerze, że zarumieniłam się ze wzruszenia słysząc tak miłe słowa z ust urzędniczek.

Jeżeli zatem ktoś jeszcze zechce nas dopieścić, dać nam możliwość pochwalenia się naszą pracą urzędnikom i przedstawicielom różnych instytucji, niech napisze donosik tu i ówdzie. Sprawi nam tym największą radość. Podpowiadam, że nie wykorzystano jeszcze możliwości donosu na nas do księdza proboszcza**.

*dopisek ;-) Portret przykładowego praworządnego obywatela został wygenerowany szcztucznie przez program komputerowy i stanowi zlepek przypadkowych twarzy. Wszelkie podobieństwa do osób prawdziwych są przypadkowe. Autorka nie ponosi odpowiedzialności, jeżeli ktoś dopatrzy się podobieństwa do siebie lub osoby znajomej.

** Po głębszym zastanowieniu przypuszczam, że donos do księdza proboszcza (przynajmniej ustny) poszedł jako pierwszy :-)

sobota, 11 lutego 2017

Pożegnanie Jaskra.

2 lutego pękły nam serca. Odszedł od nas ukochany członek rodziny –Jaskier (Useful Friend of Tuskulum Kwintesencja). 



Nie ma takich słów, którymi mogłabym komukolwiek wytłumaczyć, jak ważną istotą był dla nas. Przez 14 lat dostarczał nam nie tylko radości, lecz nadawał ton naszemu życiu. Wierzcie, lub nie, ale był pełnoprawnym członkiem rodziny, z którego zdaniem musieliśmy się liczyć. Jaskier, najbardziej uroczy i czarujący pies pod słońcem, który kradł serce każdemu, kto stanął na naszej drodze, był jednocześnie bezkompromisowy i nieprzekupny. Pierwsze lata życia z nim były poświęcone ustalaniu granic jego uporu względem niektórych kwestii. Muszę przyznać, że w kilku przypadkach ulegliśmy jego poglądom i to my nauczyliśmy się kompromisów. Jaskier owinął nas sobie dookoła ogona, zakochaliśmy się w nim bez pamięci i szczególnie na jego stare lata spełnialiśmy wszelkie jego zachcianki. Niekiedy odczuwali to nasi znajomi. Kiedy jakieś zachowanie Jaskra było dla naszych znajomych kłopotliwe (np. próby przytulania się lub wyżebrania czegoś przy stole podczas posiłków), jasno dawałam do zrozumienia, lub mówiłam to wprost, że Jaskier jest u siebie, a gość który chce nas odwiedzać powinien się dostosować do zwyczajów, jakie panują w naszym domu. Suczki nasze, niemniej przez nas kochane i niemniej słodkie, lecz uległe, zawsze były w jego cieniu, gdyż Jaskier zawsze znalazł jakiś pomysł, by być w centrum uwagi. Nie raz zdarzało się, kiedy podczas odchowu szczeniąt, gdy byliśmy w stu procentach zaangażowani w opiekę nad matką i maluchami, Jaskier wpadał na jakiś genialny pomysł, by naszą uwagę skierować w swoją stronę. Najczęściej były to upadki ze schodów powodujące lekkie kontuzje, które normalnie nigdy mu się nie przydarzały.

Żyjąc z nim przez 14 lat zrozumiałam, jak bardzo inteligentne i wyrachowane mogą być psy, jak potrafią kombinować, by osiągnąć cel.

Jaskier kochał nas tak samo bezgranicznie, jak my jego. Codziennie widziałam to w jego oczach. I wybaczałam mu z góry jego małe grzeszki oraz to, że czasem musieliśmy dostosowywać nasze działania do jego fanaberii. Dotyczyły one tylko i wyłącznie bycia z nami, a wiadomo, że nie wszędzie i nie w każdej sytuacji mógł nam towarzyszyć. Jaskier nigdy niczego nie zniszczył w domu (nie licząc kilku obgryzionych sznurówek, kiedy na starość miał kłopoty z dusznościami i wpadał w panikę), ani nawet podczas choroby, nie nabrudził w domu. Grzecznie zostawał w domu, kiedy musieliśmy gdzieś wyjechać, ale nigdy nie dał się zamknąć w żadnym pokoju, kiedy byliśmy w domu, a z powodu czyjejś wizyty nie chcieliśmy, by pies nam towarzyszył. Musieliśmy się nauczyć, że pies towarzyszy nam w każdej sytuacji, a szczególnie jak się coś dzieje, jest aktorem pierwszoplanowym. Zawsze kładł się z tą swoją słodką minką w samym centrum wydarzeń. Nie przeszkadzał, lecz pilnował. Towarzyszył dekarzom i fliziarzom (fliziarz to w Małopolsce facet od układania kafelków), hydraulikom, ogrodnikowi i ekipie telewizji. I każdy, kto próbował dać nam do zrozumienia, że pies lekko przeszkadza, napotykał moje gromiące spojrzenie.

Straciliśmy więc naszego „przewodnika stada”.


Jaskier poczuł się gorzej w Wigilię Bożego Narodzenia. Zawsze był problem, by namówić go na jedzenie (przez całe życie był okropnym niejadkiem), ale tym razem jego reakcja była stanowcza. To nie było zwykłe marudzenie, to była kategoryczna odmowa powiązana ze smutnym wzrokiem. Tym razem z nim nie dyskutowałam (a codziennie przez 14 lat 2 razy dziennie negocjowałam zjedzenie porcji karmy, bo też jestem uparta i konsekwentna), zabrałam miskę z karmą i podałam z ręki jedzenie ludzkie. Smutek w oczach zamienił się w niedowierzanie i radość. Trwała ona tydzień. Po tygodniu jedzenia z ręki wołowiny, żółtego sera i warzyw,  Jaskier stopniowo eliminował produkty. Na samym końcu jadł już tylko troszkę surowego mięsa wołowego, by na 2 tygodnie przed śmiercią nie jeść już nic.

Po świętach, kiedy jeszcze udawało mi się zbilansować mu z ludzkiego jedzenia podawanego z ręki odpowiednie składniki i liczbę kalorii, udaliśmy się do weterynarza. Wyniki nie były dobre i świadczyły o zaawansowanej niewydolności nerek. Kreatynina była trzykrotnie podniesiona, mocznik dwukrotnie, Jaskier miał anemię i mimo wypijania dużej ilości wody, był odwodniony. Niknął nam w oczach. Oczywiście wymiotował. Na niewydolność nerek zmarła nam Fiona i kotka, wiedzieliśmy więc, że nie ma żadnej nadziei. Pies dożył kresu swoich możliwości, ma już 14 lat i pierwsze wysiadły nerki. Pytanie było, na jak długo uda mu się pomóc, jak pies zareaguje? Przez 3 tygodnie podawaliśmy mu w domu kroplówki, mimo to poziom kreatyniny wciąż rósł. Pies już nic nie jadł, żył i miał siłę tylko dzięki podawanej glukozie. Niestety, po 3 tygodniach umęczone żyły tak się pozapadały, że weterynarz z trudem zakładał mu wenflon i to już na tylną łapkę. Ostatnie wenflony działały tylko na jedno podanie kroplówki. Jaskier, którego normalna waga to 36-38 kilo, na kilka dni przed śmiercią ważył poniżej 30-stu.



Tym razem o uwagę poświęconą
Jaskrowi zazdrosna jest Mantra

Podczas ostatnich tygodni życia Jaskra
dużo czasu spędzaliśmy na podłodze

W końcu nadszedł ten dzień, kiedy żyły nie przyjmowały już kroplówek i trzeba było powiedzieć sobie, że dalsze utrzymywanie go przy życiu jest dla niego i dla nas torturą. Pozostawienie go bez wspomagania byłoby skazaniem go na być może powolną, głodową śmierć i okropne cierpienie. Wychodzę z założenia, że mamy obowiązek zapewnić psu nie tylko godne życie, ale i godną bezbolesną śmierć. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nigdy nie ma się pewności, czy to już jest ten moment. Dopiero po fakcie, kiedy pierwsze emocje i rozpacz minęły, wiem, że to był dobry moment, a decyzja słuszna.

Bardzo nam brakuje naszego Przyjaciela. Snujemy się po domu nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Na niczym nie mogę się skupić i nic mi nie wychodzi, ciasto ma zakalec, chleb nie posolony, majonez się waży. Jest jeszcze zbyt zimno, aby rzucić się w wir remontów i choć przez pół dnia skupić myśli na czymś innym. Jak zombie wykonuję podstawowe czynności domowe, takie jak gotowanie czy sprzątanie i wspominam. Trochę chyba wariuję, bo wydaje mi się, że słyszę jego tupanie i czasem odczuwam jego obecność przy sobie. Często się oglądam i omiatam wzrokiem miejsca na dywanie, gdzie kładł się podczas choroby przykrywany ręcznikiem, gdyż drżał już z hipotermii.

To jedno z ostatnich zdjęć Jaskra przed śmiercią.
Tak spokojnie tutaj śpi. Takim go zapamiętałam.



Odpoczywaj w spokoju nasz kochany Przyjacielu w wymiarze, gdzie nie ma już bólu, ani cierpienia. W naszych sercach jesteś wciąż żywy i nigdy o Tobie nie zapomnimy, bo taki Wyjątkowy Pies zdarza się tylko raz na całe ludzkie życie.

sobota, 14 stycznia 2017

Podziękowania od Kasi.

Pamiętacie Kasię? Tę dzielną dziewczynę poznałam rok temu na studiach podyplomowych. Pisałam o tym w tym wpisie. Prosiłam Was wówczas w jej imieniu o przekazanie 1% podatku na rehabilitację, która dla osób ze stwardnieniem rozsianym jest konieczna, aby jak najdłużej zachowały samodzielność i nie były obciążeniem dla swoich bliskich i otoczenia. Kasia poprosiła mnie, abym w jej imieniu podziękowała serdecznie osobom, które pochyliły się nad jej losem i przekazały pieniądze na jej konto w fundacji. Te wpłaty są dla Kasi niezwykle cenne, gdyż jej choroba jest przecież kroplą w morzu cierpienia jakie nas otacza.


Na prośbę Kasi pragnę wszystkich poinformować, że pieniądze, które przekazaliście na jej rehabilitację zostały na tyle dobrze zagospodarowane, że kondycja jej od zeszłego roku pozostała niemal niezmieniona. Oczywiście, choroba postępuje, ale dzięki możliwości wszechstronnej terapii, postępuje ona dużo wolniej. Kasia wydała Wasze pieniądze na opłacenie pobytu i wykupienie dodatkowych masażów w specjalistycznych ośrodkach dla osób chorych na stwardnienie rozsiane w Dąbku i Michorzewie. Dzięki Wam mogła również skorzystać z hipoterapii, zajęć na siłowni, pilatesu oraz pływalni. To, co dla osoby zdrowej jest rozrywką, dla niepełnosprawnej stanowi cierpienie i walkę nie tylko z własnym ciałem, ale również z psychiką. Dlatego Kasia, dzięki kwocie uzbieranej z 1% Waszego podatku, mogła też opłacić prywatne wizyty u psychologów i neurologów. Pieniądze potrzebne były również na lekarstwa.




W podsumowaniu Kasia napisała mi: „Anetko, ciężko byłoby bez tych pieniędzy. Na wszystko biorę rachunki lub faktury, które podlegają refundacji przez Fundację Dobro Powraca, w której mam swój rachunek. Efekty: nadal jestem prawie tak samodzielna, jak byłam, gdy się poznałyśmy. Chodzę przy pomocy kijków, może bardziej muszę skupiać się na tym, ale chodzę.”
Mam nadzieję, że za rok dostanę podobny e-mail i przeczytam: „nadal chodzę”.  Jednak aby to pragnienie mogło się urzeczywistnić, Kasia musi wciąż walczyć o siebie, nie tylko w ośrodkach, nie tylko na siłowni, lecz o każdy najmniejszy nawet grosz.
Dlatego w jej i w swoim imieniu gorąco prosimy wszystkich, którzy nie mają jeszcze organizacji, czy osoby którą wspierają, o przekazanie 1% swojego podatku dla Kasi.

Kasia jest po opieką fundacji na rzecz chorych na stwardnienie rozsiane- Dobro Powraca.
Nr KRS 00 00 33 88 78, 
cel szczegółowy: Katarzyna Stwora


W imieniu Kasi, ale również swoim serdecznie dziękujemy.


sobota, 24 grudnia 2016

Wesołych Świąt!

Wszystkim naszym przyjaciołom, znajomym, sympatykom, a przede wszystkim naszym drogim obecnym i przyszłym Gościom, pragniemy życzyć radosnych świąt spędzonych w miłej domowej atmosferze.
Oby w Nowym Roku nie zabrakło Wam zdrowia, szczęścia, ani gotówki.
Pozdrawiamy Was z pięknych okoliczności przyrody. Do szczęścia brakuje nam tylko śniegu ;-)


niedziela, 20 listopada 2016

Jak powinna wyglądać ochrona zabytków?

Poczułam się wywołana do tablicy komentarzem osoby podpisującej się K.M. pod ostatnim wpisem, gdzie ponarzekałam sobie w skrócie na podejście zarówno obywateli, jak i władz państwa do zabytków. K.M. słusznie być może, zwraca uwagę, że narzekamy wszyscy, a nikt nie potrafi wskazać właściwego kierunku, by uzdrowić tę sytuację. K.M. prosi o konkrety. Niestety, ochrona zabytków to mój „konik”, bardzo przeżywam każdą informację o kolejnym niszczejącym, czy już zniszczonym zabytku i mam na ten temat wiele do powiedzenia. Mam jednak, mimo niedzieli, remont na głowie, postaram się zatem streścić.

Obecnie w Polsce temat związany z ochroną zabytków wygląda kiepsko i nie zanosi się, aby coś się zmieniło. Poza zabytkami rangi narodowej, zdecydowana większość obywateli nie zauważa potrzeby ochrony lokalnych, mniej spektakularnych zabytków. Dotyczy to zabytków techniki (stare zakłady przemysłowe, elektrownie, etc), regionalnej, charakterystycznej dla konkretnego obszaru zabudowy użytkowej i mieszkalnej. Co rusz znikają nam z krajobrazu stare szkoły, czy chałupy, a na ich miejscu budowane są architektoniczne bezstylowe koszmarki. A przecież można byłoby, projektując nowy dom, nawiązać stylistycznie do zabudowy regionalnej. Modelowym przykładem jest tutaj pomysł zaproponowany przez stowarzyszenie Kraina Domów Przysłupowych, zatytułowany „Nowedomy przysłupowe”, który miał na celu ochronę unikatowego w skali światowej krajobrazu kulturowego pogranicza Śląska, Łużyc i Saksonii. W Małopolsce bardzo by nam się przydała taka inicjatywa, choć mam wrażenie, że w porównaniu z Dolnym Śląskiem tutaj zostało już niewiele do ratowania. Autorzy projektu wyszli z założenia, że nie każdy lubi mieszkać w starym domu, ale przy odrobinie dobrych chęci można pogodzić nowoczesność z zachowaniem cennych i unikatowych wartości. Aby zachęcić inwestorów, projekt takiego domu miał kosztować symboliczną złotówkę. Szczerze mówiąc, nie wiem, na ile projekt spełnił oczekiwania pomysłodawców, osoby zainteresowane odsyłam pod podane wyżej linki.

źródło obrazka: Kraina Domów Przysłupowych

Drugą stroną medalu jest fakt, jak są traktowani przez polskie prawodawstwo i przez urzędników właściciele zabytków. Jak my zostaliśmy potraktowani, pisałam już choćby pod tym linkiem. W skrócie wygląda to tak, że jeżeli zabytek stoi i niszczeje, nikt się nim nie interesuje, ale jak znajdzie się „frajer”, który chce zabytek uratować, to urzędnicy rzucają mu kłody pod nogi. Według prawa właściciel zabytku nie może nawet wbić gwoździa czy zmienić koloru ścian bez pozwolenia konserwatora. Wszelkie projekty remontów muszą być sporządzone fachowo pod nadzorem konserwatorskim, co kosztuje krocie. W rezultacie koszt remontu konserwatorskiego jest kilkukrotnie wyższy niż normalnego. Nie ma zatem nic dziwnego, że inwestorzy, właściciele zabytków, którzy nabyli zabytkowy obiekt w cenie działki, na którym stoi, wolą zepchnąć go koparką pod osłoną nocy wiedząc, że w najgorszym wypadku, jeżeli ktokolwiek w ogóle upomni się o ten zabytek, zapłacą symboliczną karę.

Przykładowy dolnośląski zabytek, 
jakich w tym stanie jest wiele w całym kraju.
foto: Sebastian Borecki, zabytkidolnegoslaska.pl

Jakie są przyczyny tego stanu rzeczy, tej znieczulicy narodowej na niszczenie krajobrazu kulturowego, na zgadzanie się na pstrokate bezstylowe koszmarki? Tutaj odpowiedź jest prosta: brak edukacji. Pod ostatnim wpisem Katarzyna S zwróciła na to uwagę. Napisała, jak kształtuje się od lat najmłodszych poczucie estetyki we Francji. Jak jest w Polsce, sami wiecie. Brak edukacji jest absolutnie nadrzędną przyczyną nad wszystkimi pozostałymi, ponieważ skutkuje on stanowieniem złego ustawodawstwa. Następną przyczyną jest podejście urzędników do obywateli. Taką sytuację wypracował nam system komunistyczny, który wyniósł na najwyższe urzędy „Dyzmów”, pozbawionych kultury nieuków, którzy wykształcili na swój obraz i podobieństwo następców. W rezultacie w urzędach jesteśmy traktowani, jak złodzieje, którzy tylko kombinują, jak okraść państwo. Dlatego tak trudno jest uzyskać jakiekolwiek dotacje, czy to z ministerstwa, czy unijne. Zanim człowiek wypełni wszystkie rubryczki, napisze oświadczenia i spełni wszelkie wymogi, to mu się odechciewa starać się o cokolwiek. I przy okazji powtórzę kolejny już raz, to nie są wymogi stawiane przez Unię, a polskie rozporządzenia, które utrudniają pozyskanie środków. Uzyskanie dotacji z Ministerstwa Kultury jest cudem. Jeżeli komuś, kto czyta ten tekst udało się pozyskać (bez znajomości i bez łapówki) jakieś pieniądze z ministerstwa na prywatne inwestycje, to bóg musi go bardzo kochać. Pieniądze unijne uzyskują tyko najbardziej zdeterminowani. Wiem coś o tym, bo dwa projekty, które przeszły sito kwalifikacji, kosztowały mnie setki siwych włosów i chorobę nerwową, a jedna sprawa omal nie zakończyła się pozwaniem przez nas Urzędu Marszałkowskiego do Sądu Administracyjnego. Jedynym plusem tego stanu rzeczy był fakt, że miałam obszerny temat na napisanie pracy dyplomowej na studiach muzealniczych.

W takich krajach, jak Wielka Brytania, Niemcy czy Francja powszechną wiedzą jest, że ochrona i konserwacja zabytków jest siłą napędzającą rozwój miast i wsi poprzez zwiększenie ich atrakcyjności. Te zabiegi dotyczące ochrony zabytków, czynią krajobraz unikatowym. Przekłada się to na zwiększony ruch turystyczny i dobrobyt lokalnej społeczności. Istnieje tam właściwe przekonanie, że każde euro i każdy funt zainwestowany w zabytek przynosi wymierny zysk. Czemu u nas nikt tego nie rozumie?

Znów powracam do Krainy Domów Przysłupowych, tym razem po stronie niemieckiej. Nawet nie chce mi się komentować, jak na tym tle wyglądają polskie wioski.

Aby uzdrowić ten stan rzeczy nie trzeba wielkiego wysiłku. Gotowe rozwiązania mamy podane na tacy. Wystarczy przyjrzeć się, jak traktuje się zabytki i ich właścicieli w takich krajach, jak Wielka Brytania, Niemcy i Francja. Pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy jest zdecentralizowany system ochrony zabytków. Poszczególne regiony, w Niemczech landy oraz ich władze, mają duży wpływ na tę kwestię. Dodam tylko, że z reguły na wysokich stanowiskach zasiadają osoby kompetentne, u nas niestety wciąż włodarzami gmin bywają ludzie bez żadnego wykształcenia, którzy otaczają się rodziną i znajomymi. W mądrze zarządzanych krajach zadania z zakresu ochrony zabytków zespolone są z procesem planowania przestrzennego. Istnieje bliska współpraca sektora publicznego z prywatnym, co oznacza, że nie traktuje się właściciela zabytku, jak złodzieja, tylko jak partnera. Przy remoncie obiektu preferuje się zachowanie jego pierwotnej funkcji, jednak nie zawsze jest to możliwe i w tym wypadku udziela się zezwoleń na zaadoptowanie obiektu do nowej funkcji. Struktury systemu ochrony zabytków nie będę omawiać, bo Was zanudzę, wspomnę jedynie, że każde ministerstwo, czy departament ma swój udział w ochronie zabytków. Np. w Wielkiej Brytanii Departament Środowiska, Żywności i spraw Wsi zajmuje się dziedzictwem kulturowym i przyrodniczym w aspekcie planowania przestrzennego. Departament Kultury, Mediów i Sportu odpowiada za dziedzictwo architektoniczne oraz eksport dóbr kultury. To powoduje, że ochroną zabytków zajmują się wykształceni w danym kierunku fachowcy. U nas urzędnikami są przypadkowe osoby z różnym, egzotycznym czasem wykształceniem. I przychodzi mi potem pani z Urzędu Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, którą zaprosiłam na konsultację w sprawie dworskiego parku i wmawia mi, że daglezja to świerk, a jeżeli wnętrze w zabytkowym obiekcie nie jest zabytkowe, to się go nie chroni. Kilka tygodni wcześniej inna urzędniczka powiedziała mi coś zgoła odmiennego.

Bardzo dużą rolę w wymienionych wyżej krajach spełniają wszelkiego rodzaju instytucje pomocnicze oraz fundacje. Modelowym przykładem jest English Heritage. Jest to wyjątkowa w Europie agenda rządowa finansowana z funduszy państwowych. Instytucja ta działa jak fundacja, jest również ciałem doradczym i edukacyjnym. Jest ona odpowiedzialna za konserwację, zachowanie i udostępnianie obiektów podlegających nadzorowi państwa. Współpracują z właścicielami zamków i pałaców oraz prowadzą kampanie promujące lokalne dziedzictwo. English Heritage jest właścicielem dużej liczby zabytków, ponieważ wykupuje zamki i pałace z rąk osób, które nie mają możliwości zapewnić właściwej opiekę obiektowi. Z reguły właściciele pozostają w swoich obiektach dożywotnio, w wydzielonych prywatnych pomieszczeniach, instytucja zajmuje się remontem zabytku oraz jego udostępnianiem dla turystów. Wszystkie prace remontowe, czy nawet nasadzenia roślin w ogródku konsultuje się z byłymi właścicielami-rezydentami. U nas nie do pomyślenia, prawda?
Finansowanie ochrony zabytków odbywa się dzięki dotacjom państwa, poprzez władze lokalne, dotacje z Narodowej Loterii, którymi dysponuje Loteryjny Fundusz Dziedzictwa oraz przez wyżej opisany English Heritage. Właściciele zabytku mogą starać się o nisko oprocentowane pożyczki oraz o ulgi podatkowe. W przypadku gdy obiekt byłby udostępniony dla społeczności, właścicielowi przysługuje ulga od podatku spadkowego. I rzeczy, które można byłoby w naszym kraju wprowadzić od ręki, gdyby nie było oporów ze strony grup interesów. VAT 0% od usług konserwatorskich i materiałów budowlanych przeznaczonych na remont zabytku.

Naprawdę, nie trzeba się wysilać i wymyślać nowych regulacji prawnych, skoro mamy tak wspaniałe przykłady świetnie działającego systemu ochrony zabytków w Europie.

Czy da się te rozwiązania wprowadzić do polskiej rzeczywistości? Moim zdaniem tak. W rozmowie z prawnikiem zajmującym się ochroną zabytków zawodowo, usłyszałam jednak, że Polacy nie są mentalnie zdolni do przyjęcia tego typu systemu. Takie jest zdanie ludzi, którzy decydują o kształcie ustaw. Ja się pytam, dlaczego nie jesteśmy zdolni? Czy jesteśmy innymi ludźmi niż Brytyjczycy, Francuzi, czy Niemcy? Czy my rodzimy się złodziejami i kombinatorami? Nie! Jesteśmy takimi samymi ludźmi, ulepionymi z dokładnie takiej samej gliny. To system, złe prawo, ludzie źle wykształceni, którzy tworzą złe ustawy uczą nas kombinować, abyśmy mogli w miarę normalnie funkcjonować.

Wywnętrzyłam się na ten temat sprowokowana komentarzem, tak naprawdę nie chce mi się już zmieniać świata. Nauczyłam się żyć i funkcjonować w takiej rzeczywistości, jaką los mi przeznaczył. Czuję się póki co na siłach, by opiekować się naszym prywatnym zabytkiem, rozumiem jednak ludzi, którzy nie podjęliby się w naszych realiach takiego zadania. Nie rozumiem i jestem za tym, by bezwzględnie karać osoby, które celowo niszczą zabytki, by uzyskać miejsce pod inwestycję. Mamy tych zabytków  już tak niewiele. Moim zdaniem w zakresie ochrony zabytków (i pewnie nie tylko w tej dziedzinie) nie tylko mamy już rękę w nocniku, ale tkwimy w gównie po same uszy i jeszcze się nie obudziliśmy. Moim skromnym zdaniem, jeżeli nawet kiedykolwiek się obudzimy, będzie za późno.



czwartek, 3 listopada 2016

Śliska sprawa.

Z przyjemnością oglądam programy produkcji brytyjskiej, czy francuskiej, gdzie prezentowane są przepiękne, malownicze, prowincjonalne miasteczka i wsie. Te miejsca zachowały swój historyczny charakter dzięki programowi ochrony zabytków stworzonemu przez mądrze zarządzające państwo. Owszem, wiąże się to z pewnymi niedogodnościami dla właściciela zabytku, lecz korzyści przewyższają owe przeszkody. W naszym kraju jest odwrotnie. Właściciel zabytku ma same kłopoty, nie ma żadnych korzyści. Póki zabytek niszczeje, nikt się nim nie interesuje. Jeżeli jednak ktoś podejmie się remontu, napotka takie przeszkody ze strony urzędników, że natychmiast odechciewa mu się robić cokolwiek. Na placu boju zostaje jedynie wąskie grono pasjonatów, które wbrew wszelkiej logice i z narażeniem interesów własnych, ratuje te nieliczne już perełki. Jest to jeden z wielu powodów, dlaczego w Polsce nie widzimy i nie zobaczymy takich przepięknych, malowniczych prowincji. To przykre, że właścicielowi bardziej opłaca się rozebrać starą chałupę i wybudować na jej miejscu bezstylowy klocek, niż wyremontować starą, lub chociaż nawiązać do niej stylem przy wznoszeniu nowego domu. Przyczyny takiego stanu rzeczy są różne, często zależą od regionu kraju, ale może napiszę o tym przy innej okazji.

We wspomnianych brytyjskich programach w oczy rzuciła mi się pewna prawidłowość. Jeżeli wieś, czy małe miasteczko dysponuje spektakularnym zabytkiem, takim, jak pałac, czy zamek, cała społeczność włącza się w życie dookoła tego miejsca. Powstają sklepiki z pamiątkami, restauracje, organizowane są festyny, rekonstrukcje historycznych wydarzeń. W Polsce ten trend jest szczątkowy i dotyczy tylko zabytków o randzie narodowej. Nie ma mowy, aby społeczność w małych miejscowościach integrowała się wokół lokalnych zabytków.

Z tej oto przyczyny nigdy nie liczyłam na to, że ktoś zechce włączyć się w nasze życie skoncentrowane teraz już w 100 procentach na dworku i wszelkich sprawach jego. Nie wyobrażacie sobie, z jakim entuzjazmem powitałam pomysły moich dwóch sąsiadek Moniki i Oli, na stworzenie ciekawej oferty dla turystów odwiedzających Muzeum Dwór Feillów.

Kiedy przeprowadziliśmy się na Wolę Zręczycką, sąsiadka od lewej –Monika tłoczyła (i nadal tłoczy)  na zimno, metodą rzemieślniczą, wspaniałe, zdrowe i pyszne oleje. Zapraszam na jej profil na fb:


Z tych olejów zaczęły z czasem powstawać naturalne, domowe mydła robione z najlepszych składników. Monika nie tylko zasiliła w mydła moich pierwszych gości, ale zaproponowała ofertę poprowadzenia warsztatów mydlarskich dla zainteresowanych aktywnym wypoczynkiem turystów. I tym sposobem możemy wzbogacić ofertę turystyczną oferując gościom nie tylko wypoczynek w stylowo urządzonych pokojach, ale również zestaw warsztatów tematycznych. Monika poprowadzi warsztaty mydlarskie i zielarskie.

Moja sąsiadka po prawej-Ola (na stronie możecie zobaczyć wszelkie przejawy jej talentów Portrety-Kraków), dała się Wam już poznać jako upiększająca pokoje gościnne w malarstwo iluzjonistyczne. Najważniejszą jednak rzeczą, którą dla nas robi, jest profesjonalna renowacja obrazów.  Ola zgodziła się poprowadzić warsztaty artystyczne. Pełna oferta warsztatów, z których można skorzystać w Dworze Feillów znajduje się tutaj:



W związku z tym, że jest już prawie zima, a co za tym idzie, jest zimno i nie możemy sobie pozwolić na ogrzewanie całego dworku, ustaliliśmy, że obiekt dla klientów indywidualnych otwarty jest sezonowo od maja do września włącznie. Od października do marca przyjmujemy jedynie grupy od 6 do 12 osób. Tylko wtedy jesteśmy w stanie ekonomicznie uzasadnić włączenie ogrzewania gazowego na cały obiekt.

Czas do wiosny szybko nam zleci, gdyż dzięki Monice zarówno, ja jak i Ola zaraziłyśmy się produkcją domowych mydeł. Cóż, pierwsze warsztaty próbne trzeba było wykonać i są „śliskie” tego efekty. Dla ewentualnych zainteresowanych warsztatami mydlarskimi jest to dowód, że się da w ciągu jednego dnia zgromadzić wiedzę i wykorzystać ją do produkcji domowych mydeł.

Moje pierwsze mydło, oparte w głownej mierze na maśle klarowanym, wyszło prawie idealne. No, może prócz tego, że przy krojeniu kompletnie się pokruszyło :-)


Przetopiłam mydełko dodając na rozluźnienie sporo miodu i wyciągnęłam stosowne wnioski.


Następne mydła były i są robione z zachowaniem największej dbałości, jeśli chodzi o receptury, które ustalam na podstawie kalkulatora. Pozwala mi to uzyskać idealne własciwości myjące, pielęgnujące, komfortową pienistość oraz prawidłową twardość. Testuję różne receptury, aby na wiosnę goście mogli nabywać tylko najlepsze produkty.

Mydło z dodatkiem naturalnego olejku eterycznego o zapachu cedru.

mydełko waniliowe z dodatkiem wiórów mydła kawowego

Mydło kawowe, tuż po pokrojeniu. Z kawałkami mydła miodowo-maślanego


Mydło rozmarynowe. Kupiłam kiedyś takie za ciężkie eurówki na targu w Nicei. Marzeniem moim było odtworzyć recepturę. Jednak mydła rzemieśnicze mają to do siebie, że zawsze wychodzą inne. Ale i tak jest wspaniałe. Dodatki to naturalny olejek eteryczny rozmarynowy, suszony rozmaryn oraz mleko. Barwnik to naturalna, mineralna ultramaryna. Uwielbiam to mydło!

Lazurowe Wybrzeże oraz mydło kawowe, zwane Mała Czarna, na pewno będzie w naszej stałej ofercie. 

 Wszystkie nasze mydełka będzie można otrzymać po nabyciu cegiełki określonej wartości, z których kwota przeznaczona będzie na cele statutowe Muzeum Dwór Feillów. 

wtorek, 6 września 2016

Pierwszy sezon turystyczny w Dworze Feillów.

Wakacje minęły nie wiadomo kiedy. Za oknem dziś szaro i ponuro, choć podobno lato ma jeszcze do nas powrócić.

Działo się u nas sporo tego lata. Nie zdawałam sobie sprawy, że wykańczanie pokojów gościnnych tak może dać w kość. Byłam przekonana, że po remoncie, załataniu dziur i wymalowaniu oraz zakupieniu mebli, reszta to będzie pestka. Nic bardziej mylnego. Klimat miejsca tworzą dekoracje. Przysłowie „diabeł tkwi w szczegółach” nie jest tylko pustym frazesem. To mądrość pokoleń, którą miałam okazję poczuć na własnej skórze. Jak wyszło? Sami sobie ocenicie. Pewnie nie każdemu się spodoba, bo gusty są różne. My jesteśmy zadowoleni.

Działo się dużo, a miało się dziać jeszcze więcej. Jeszcze w kwietniu zgłosiły się do nas dwie panie z telewizji z propozycją, by na terenie naszego dworku powstała sztuka dla Teatru Telewizji w reżyserii Jerzego Stuhra „Las” wg. dramatu Aleksandra Ostrowskiego. Bardzo się ucieszyliśmy, kiedy odwiedził nas pan Jerzy i zaakceptował dworek. Sztuka miała być u nas realizowana na przełomie sierpnia i września. Do czerwca żyliśmy tym wydarzeniem i nasza praca była podporządkowana tej sztuce. Mieliśmy zaniedbać część parkową, gdyż sztuka rozgrywa się w podupadającym dworku oraz nic nie robić w oficynie, gdzie miał „mieszkać” jeden z bohaterów, którego miał ponoć zagrać pan Zamachowski (nie zdążyłam poprosić o scenariusz sztuki). Aktorzy mieli mieszkać u nas, zatem gorączkowo pracowaliśmy nad wypieszczeniem pomieszczeń. Dla pana Jerzego Stuhra szykowaliśmy apartament.

Sztuka była podobno niemal gotowa i nic nie teoretycznie nie mogło jej zagrozić.  Przy nas zostały rozpisane poszczególne sceny i przyporządkowane miejscom. Wybrano kolor ścian, które miały zostać przemalowane (kolory muszą „lubić się” z kamerą). Niestety, stało się inaczej. Nie chcę komentować powodów odwołania realizacji sztuki, gdyż najlepiej wie o nich i nie boi się opowiadać sam pan Jerzy Stuhr. Oddajmy zatem głos reżyserowi.


Pomimo, że koło nosa przeszła nam wspaniała przygoda, chciałabym w tym miejscu wyraźnie zaznaczyć, że podziwiam ludzi, którzy mają własne poglądy i nie zmieniają ich wraz ze zmianą sytuacji politycznej. Tych, co zmieniają i podlizują się aktualnie panującym ekipom politycznym uważam za tchórzy i konformistów. Aktorów powinna oceniać publiczność, nie politycy. Dla mnie zatem pan Jerzy jest wzorem i osobą godną największego szacunku. Poza tym uwielbiam go, jako aktora :-) czego nie zdążyłam mu powiedzieć będąc przekonaną, że będzie ku temu lepsza okazja, kiedy będzie naszym gościem.

I pozostało mi jeszcze zaprezentować Wam pokoje gościnne.

Apartament pod Szalonym Koniem (Crazy Horse)











Pokój pod Czerwonym Wiatrakiem (Moulin Rouge)

Pokój ozdobiony malarstwem iluzjonistycznym
naszej Nadwornej Artystki Aleksandry Popławskiej








Pokój Pod Czarnym Kotem (Chat Noir)







Pokój pod Zielonym Balonikiem










Pokój pod Zwinnym Królikiem (Lapin Agile)

Królik z plakatu kabaretu. Również wykonała go dla nas Ola.
Kilka wpisów temu prezentowałam ją przy malowaniu tego obrazu.






W tym sezonie przyjęliśmy w dworku pierwszych gości. Zobaczcie, jak oni nas widzą: